sobota, 3 września 2011

Lekko nie było. Wisła - Warmia 32:26

Pierwsze koty za płoty – chciałoby się powiedzieć po meczu Orlen Wisły Płock z Warmią Olsztyn. Nafciarze po niespełna kwadransie gry prowadzili różnicą ośmiu bramek. Później jednak nastąpił zupełnie niewytłumaczalny przestój. Gospodarze do końca pierwszej połowy zdobyli zaledwie dwa gole, tracąc w tym czasie osiem i ich różnica została zniwelowana do zaledwie dwóch oczek. Na szczęście w drugiej części meczu wszystko poszło już zgodnie z planem, dzięki czemu płocczanie w pełni zasłużenie wygrali 32:26. W trakcie meczu prowadzona była zbiórka pieniędzy dla chorego Maciusia Sapały. Pieniądze do puszek wrzucali nawet piłkarze i członkowie sztabów szkoleniowych obu zespołów. Ostatecznie udało się zebrać ponad cztery tysiące złotych.

Nafciarze zaczęli z wysokiego „c”. Już w siódmej minucie prowadzili 9:1. Grali tak, jakby chcieli wgnieść w parkiet swoich olsztyńskich przeciwników. Defensywa nafciarzy funkcjonowała jak doskonale naoliwiony mechanizm. W bramce dwoił się i troił Marcin Wichary. A do tego każdy kontratak kończył się celnym rzutem. 

Po dwunastu minutach gry gościom w końcu udało się nieco otrząsnąć. Teraz to oni zaczęli dyktować warunki. Płocczanie chcieli efektownie rozgrywać swoje akcje, ale zapomnieli, że trzeba grać przede wszystkim efektywnie. Korzystali z tego olsztynianie, którzy systematycznie zmniejszali bramkową różnicę. I kiedy zabrzmiała syrena oznajmiająca koniec pierwszej połowy, miejscowi prowadzili już tylko dwoma oczkami. Niestety w tym czasie doszło do nieprzyjemnego incydentu, kiedy były zawodnik Wisły, Bartosz Wuszter nieopatrznie uderzył w czasie akcji obronnej Piotra Chrapkowskiego, za co otrzymał czerwoną kartkę.

- Warunki fizyczne płockich obrońców odebrały nam w pierwszym kwadransie chęć do gry w piłkę ręczną - skomentował po meczu przebieg pierwszej połowy trener przyjezdnych Zbigniew Tłuczyński. - Na szczęście, ale również z pomocą gospodarzy, którzy zaczęli pudłować w stuprocentowych sytuacjach, nasza obrona zaczęła jakoś funkcjonować i udało się to, o co chodziło: złapanie kontaktu.

Druga odsłona spotkania rozpoczęła się od akcji gości wykończonej celnym rzutem Sebastiana Rumniaka. I było już tylko 15:14. Na szczęście płocczanie w porę zdołali otrząsnąć się ze swego niezrozumiałego letargu i zacząć grać tak, jak oczekiwali od nich kibice (a przede wszystkim trener Lars Walther). Powoli, ale systematycznie, nafciarze budowali swoją przewagę. Kwadrans przed końcem prowadzili różnicą sześciu bramek i taki stan utrzymał się już do końca pojedynku. 

O miano gracza meczu walczyć mogliby Adam Wiśniewski i Michał Bartczak. Obaj zdobyli po dziewięć goli. Zawodnik z Olsztyna aż 2/3 swego bramkowego dorobku zawdzięcza skutecznie egzekwowanym rzutom karnym. Nie jest to jednak zarzut, bo akurat płocczanie trzykrotnie pudłowali z siódmego metra (karnych nie wykorzystali Vukasin Rajković, Arkadiusz Miszka i Michał Kubisztal). Można więc powiedzieć, że akurat w tym elemencie olsztynianin spisywał się jak profesor. 

„Gadżet” nie wykonywał rzutów karnych, za to „karcił” bramkarzy Warmii rzutami z lewego skrzydła, lewego i prawego rozegrania, a przede wszystkim po kontratakach. W jednym z nich pokazał, że od siły ważniejszy jest spryt, kiedy wyskoczył bardzo wysoko i daleko z szóstego metra, po czym lekko, tuż przy twarzy bramkarza, zmieścił piłkę w siatce przeciwników. Gdyby „Gadżet” w pierwszej połowie zdołał złapać piłkę podaną za plecami przez Nikolę Eklemovicia i zdobyć gola, jego występ mógłby zostać uznany za niemal idealny.

Długo w rytm meczowy wchodził Michał Kubisztal. W pierwszej połowie zdobył tylko jednego gola. Być może jego bramkowe konto byłoby bogatsze, ale dwukrotnie przy jego wejściach w strefę obronną rywali sędziowie odgwizdywali faul w ataku.

- Dzisiaj muszę to powiedzieć, że graliśmy raczej w koszykówkę, a nie w piłkę ręczną - stwierdził po meczu trener Wisły Lars Walther. - W koszykówkę dlatego, że każde dotknięcie przeciwnika to był według sędziów faul i działało to w obie strony. Takie sędziowanie powodowało frustrację zawodników, którzy nie mogli zrozumieć linii postępowania przyjętego przez sędziów. 

Po przerwie „Kubeł” był już takim zawodnikiem, jakiego chciałoby się oglądać w płockim zespole. Dynamicznymi wejściami rozrywał strefę obronną gości, dzięki czemu mógł albo sam decydować się na rzuty albo odgrywać piłkę partnerom z zespołu. Popisał się też kilkoma „bombami” z dziesięciu metrów. Jednym słowem – był jednym z liderów zespołu. 

- Przegrana w Płocku sześcioma bramkami to nie jest zły wynik - ocenił końcowy rezultat trener gości.

- Był to pierwszy mecz w lidze, wygraliśmy, jestem zadowolony - stwierdził trener gospodarzy wyróżniając w swoim zespole Wiśniewskiego i Rajkovicia.

Pierwszą przeszkodę w drodze do obrony tytułu mistrza Polski nafciarze mają już za sobą. Kolejną będzie Jurand Ciechanów, z którym Orlen Wisła zmierzy się na wyjeździe już w najbliższą sobotę. Płocczanie będą mogli liczyć na doping swoich kibiców, którzy do Ciechanowa wybierają się w ponad 150-osobowej grupie.

Orlen Wisła Płock – Warmia Olsztyn 32:26 (15:13)
Sędziowali: Majchrowski i Wojdyr.
Orlen Wisła:
Wichary, Seier – Kwiatkowski, Miszka 6, Wiśniewski 9, Kubisztal 7, Dobelsek 1, Twardo 2, Toromanović 2, Rajković 4, Eklemović 1, Chrapkowski, Paczkowski, Syprzak.
Warmia: Kotliński, Sokołowski, Boniecki – Moszczyński 2, Gujski 2, Wuszter, Bartczak 9, Rumniak 3, Żółtak, Malewski 3, Krawczyk 2, Płócienniczak 1, Jankowski 3, Ćwikliński 1, Garbacewicz.
Kary: Orlen Wisła – 14 minut, Warmia – 16 minut


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza