sobota, 24 września 2011

Nafciarze pod kreską. Wisła - GKS 0:2

Piłkarze płockiej Wisły przegrali na własnym boisku 0:2 z GKS-em Katowice. To już szósta w tym sezonie porażka nafciarzy. Ekipa, którą przed ósmą kolejką przejął czeski szkoleniowiec Libor Pala ma na swoim koncie zaledwie jedenaście punktów za trzy wygrane i dwa remisy. Po przegranym spotkaniu z Gieksą Wisła po raz pierwszy w tym sezonie znalazła się w strefie spadkowej. Zajęła w niej miejsce zwolnione przez swojego sobotniego rywala. Katowiczanie po raz pierwszy w swej historii zdołali zwyciężyć na stadionie przy ulicy Łukasiewicza 34 w Płocku.



„Wygrajcie dla nas, hej Wisła, wygrajcie dla nas” - skandowali kibice tuż po pierwszym gwizdku kaliskiego arbitra Piotra Wasielewskiego. A płocczanie natychmiast po rozpoczęciu meczu ruszyli do przodu. Niespodziewanie w linii ataku obok Kamila Bilińskiego (na zdjęciu w niebieskiej koszulce) pojawił się od pierwszych minut Matar Gueye, występujący dotąd w pomocy. Właśnie od niego już na początku meczu  Patryk Kamiński dostał doskonałą prostopadłą piłkę, ale udało mu się wywalczyć jedynie rzut rożny. Chwilę później szczęścia pod bramką Wisły spróbowali goście, ale również bez bramkowego efektu.

Gra dość szybko przeniosła się do środkowej strefy boiska. Obie drużyny zwracały uwagę przede wszystkim na zabezpieczenie własnych tyłów. Szukanie okazji do zdobycia gola wydawało się sprawą zupełnie drugorzędną.

Kiedy jednak Gieksa w końcu ruszyła do przodu, pod bramką Krzysztofa Kamińskiego zrobiło się gorąco. Kilka razy płocczanom po fatalnych błędach w obronie, gdzie na stoperze zagrał Brazylijczyk Edison, dopisało szczęście, jednak w 20. minucie po trzecim cornerze z rzędu katowiczanie mieli w końcu powody do radości. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego bramkę dla przyjezdnych zdobył Adrian Napierała.

Gospodarze chcieli szybko odrobić straty i niewiele brakowało, a doprowadziliby do wyrównania. W 24 minucie Patryk Kamiński przedarł się prawą stroną, zagrał w pole karne, ale Matar Gueye z siedmiu metrów przeniósł piłkę wysoko nad poprzeczką.

Na kolejną groźną akcję trzeba było czekać niemal kwadrans. Po pół godzinie gry Libor Pala tradycyjnie już zmienił zawodnika z pola. Tym razem padło na Damiana Jaronia, który na lewej pomocy, gdzie występował w najlepszych swoich meczach, całkiem nieźle sobie poczynał. Niestety musiał zrobić miejsce dla Ricardihho. Tymczasem w 36. minucie przyjezdni zaatakowali środkiem pola, a kiedy do bramki pozostawało niewiele ponad 20 metrów, na strzał z dystansu zdecydował się Mateusz Zachara. Piłka trafiła w nogi jednego z graczy i kompletnie zmyliła Krzysztofa Kamińskiego.

Do końca pierwszej połowy z piłkarze dość żwawo biegali po boisku, jednak niewiele z tego wynikało. Po przerwie, mimo, że Gieksa skupiła się głównie na murowaniu dostępu do swojej bramki nic nie zmieniło. Owszem w 52. minucie Ricardinho zdołał umieścić piłkę w bramce katowiczan, ale sędzie nie uznał gola, gdyż Brazylijczyk był na spalonym. Jeszcze w 68. min. mocniej zabiły serca płockim kibicom, gdy arbiter podyktował rzut wolny pośredni dla Wisły z pola karnego za nieprzepisowe wyprowadzenie piłki przez bramkarza gości. Z 15 metra huknął Eivinas Zagurskas, a jeden z obrońców wyraźnie wybił piłkę ręką, jednak sędzia uznał zapewne, że była to ręka nastrzelona. Później nafciarze mniej lub bardziej nieudolnie usiłowali zmienić niekorzystny dla nich rezultat. Niestety, do końca meczu bez efektu.


- Najstarsi zawodnicy Ariel (Jakubowski) i Artur (Wyczałkowski - przyp. red.) mówią, że to wszystko jest problem w głowach - powiedział po meczu trener Wisły Libor Pala. - Dzisiaj w takiej sytuacji psychicznej byłbym szczęśliwy z remisu 2:2, a tak wracamy do sytuacji po meczu z Bogdanką. Będziemy musieli się reanimować. Nie wiem, jak im mogę pomóc, nie mogę nawet na nich krzyczeć. Mamy pecha, gdy strzelamy piłka odbija się od ręki, czy od piłkarza. Szkoda, że nie mamy takiego szczęścia, jak przeciwnik przy drugiej bramce - dodał czeski szkoleniowiec.

Sześć porażek w jedenastu kolejkach to dorobek, który chwały nie przynosi. Zmiana trenera, przynajmniej na razie, nie przyniosła radykalnej poprawy w grze nafciarzy. Sytuacja w tabeli jet coraz bardziej niewesoła, zaś układ najbliższych gier nie napawa optymizmem. A co najgorsze, większość drużyn mających problemy mecze z Wisłą traktuje jako sposób na przełamanie się. Tak właśnie było z Gieksą, która nigdy wcześniej nie zdołała pokonać płocczan na ich własnym stadionie. Tym razem jednak katowiczanie wywieźli z ulicy Łukasiewicza 34 trzy punkty, dzięki czemu sami uciekli ze strefy spadkowej, spychając na swe miejsce Wisłę.

Wisła Płock - GKS Katowice 0:2 (0:2)
Sędziował:
Piotr Wasielewski (Kalisz)
Bramki: Napierała (20.) i Zachara (36.)
Wisła: K.Kamiński – Jakubowski, Nadolski, Edison, Wyczałkowski – P. Kamiński, Góralski, Zagurskas, Jaroń (33. Ricardinho) – Biliński (57. Sekulski), Matar (72. Daniel)
GKS: Sabela – Rzepka, Napierała, Kowalczyk, Goncerz (85. Feruga) – Hołota, Zachara (81. Chwalibogowski), Chmiel (90. Farkas), Niechciał – Rakels, Pitry
Żółte kartki: Góralski, Sekulski i Wyczałkowski (Wisła) oraz Napierała i Chmiel (GKS)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza