środa, 14 września 2011

Kibice nie wytrzymali do końca. Wisła - Kolejarz 0:2

Kiedy boiskowy zegar wskazywał 86. minutę, siedzący we wschodnim, najgłośniejszym sektorze  stadionu fani Wisły zdecydowali się opuścić imprezę. W ten sposób zaprotestowali przeciw fatalnej postawie piłkarzy, którzy po raz kolejny przegrali mecz na własnym boisku. Tym razem Wisła Płock, którą od piątku prowadzi czeski trener Libor Pala, przegrała 0:2 z Kolejarzem Stróże. Płocczanie zachowali wprawdzie dziesiąte miejsce w tabeli pierwszej ligi, ale z dorobkiem jedenastu punktów zdecydowanie bliżej im do strefy spadkowej niż do czołówki tabeli.

- Nie umniejszając nic rywalom, wygrała drużyna zdecydowanie lepsza - powiedział po meczu trener gości Przemysław Cecherz, który dobrze jest znany płockim kibicom m.in. z asystowania poprzedniemu trenerowi płocczan z Czech Josefowi Csaplarowi. - Lubimy grać na dużych i równych boiskach, chłopcy zagrali dobry mecz - dodał trener Kolejarza Stróże.

- Przepraszam za swój głos, ale krzyczałem więcej niż Przemek - zaczął swoją wypowiedź Libor Pala, szkoleniowiec Wisły. - Mogę pogratulować, że ma takich zawodników. Personalnie jest to o klasę lepszy zespół. Moi byli zestresowani, bali się, chcieli grać na siłę, ale przewaga techniczna była po stronie Kolejarza i piłkarsko wyglądało to aż fajnie. Mnie bolało serce, że Brazylijczycy, nie byli lepsi od niektórych chłopaków, a powinni - dodał trener płocczan.

Czeski szkoleniowiec nie należy chyba jednak do wyznawców teorii, że zwycięskiego składu się nie zmienia. W pierwszej jedenastce w meczu przeciw jedenastce z miejscowości liczącej około 2,5 tysiąca mieszkańców, zabrakło miejsca dla Patryka Kamińskiego, który w Ząbkach zdobył jedną z bramek, zaś tym razem całe spotkanie obejrzał z ławki rezerwowych. Na ławce usiedli również Kamil Biliński, Daniel oraz Matar Gueye. W wyjściowym składzie znalazł się za to dość niespodziewanie Damian Drężewski. Tuż przed wracającym po kontuzji Arturem Wyczałkowskim operować miał Jacek Góralski.

Już pierwsza akcja meczu mogła przynieść gościom prowadzenie. Na szczęście po strzale Macieja Kowalczyka zza lewego narożnika pola karnego płka padła łupem Krzysztofa Kamińskiego. Pięć minut później podobnym uderzeniem chciał się popisać Damian Jaroń. Tyle tylko, że strzelił bardzo niecelnie.

Chociaż mecz odbywał się w Płocku, to Kolejarz był zespołem, który zdecydowanie dyktował warunki na placu gry. Gdyby nękający bramkarza nafciarzy Maciej Kowalczyk miał lepiej ustawiony celownik, mógłby skompletować klasycznego hat-tricka. Na szczęście precyzja nie była jego mocną stroną. Podobnie jak Janusza Wolańskiego, który również kilka razy zapędził się pod bramkę Wisły.

Kiedy wydawało się, że płocczanie jakimś cudem zdołają przetrwać szturm gości, Krzysztof Kamiński popełnił koszmarny wręcz błąd po pozornie niegroźnym strzale Michała Chrapka z 30 metrów. – Gdybyśmy zdołali dotrwać do przerwy bez straty bramki, druga połowa mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej – dywagował na pomeczowej konferencji prasowej trener Libor Pala.

Niestety, to goście ze Stróży spod Nowego Sącza schodzili do szatni w pełni usatysfakcjonowani. Chociaż fatalnie zawodziła ich skuteczność, w końcu zdołali zdobyć gola. Miejscowi zaś nie stworzyli sobie praktycznie żadnej klarownej sytuacji do zdobycia gola.

Po przerwie gospodarze usiłowali ruszyć do przodu, ale wciąż brakowało im pomysłów na rozerwanie obrony Kolejarza. Początkowo dość aktywny był Matar Gueye, który już w 31. minucie zastąpił Bartłomieja Sielewskiego, później jednak Senegalczyk wtopił się w przeciętność i przestał się czymkolwiek wyróżniać.

Nawet, jeśli płocczanom co jakiś czas udawało się dostać na przedpole stróżan, nie byli w stanie oddać celnego strzału lub wymienić między sobą kilku podań, z których to ostatnie otwierałoby drogę do bramki rywala. Przyjezdni tymczasem wyraźnie dominowali na boisku. Nawet, jeśli tracili piłkę jeszcze przed polem karnym Wisły, starali się natychmiast atakować wysokim pressingiem. Niestety, tego właśnie elementu zabrakło płockim futbolistom.

W 80. minucie stało się jasne, że płocczanie nie tylko nie wygrają meczu, ale nie będą w stanie nawet go zremisować. W olbrzymim zamieszaniu, do którego doszło w polu karnym Wisły po rzucie rożnym egzekwowanym z prawej strony, największą przytomnością umysłu wykazał się Marcin Stefanik, który strzałem z kilku metrów ustalił wynik meczu.

Goście wygrali w pełni zasłużenie, dyktując warunki gry od pierwszej do ostatniej minuty. A Wisła nie miała żadnych piłkarskich argumentów, aby się temu przeciwstawić. – Muszę popracować przede wszystkim nad grą defensywną mojego zespołu – przyznał trener Libor Pala. – Jeżeli uda się nam zabezpieczyć tyły, aby nie tracić bramek, wówczas będziemy mogli pomyśleć nad skuteczną grą w ofensywie.

Wisła Płock – Kolejarz Stróże 0:2 (0:1)
Bramki: Chrapek (44.) i Stefanik (81.)
Sędziował: Mularzczyk (Łódź)
Wisła: K. Kamiński – Drężewski, Nadolski, Wyczałkowski, Jakubowski – Jaroń, Sielewski (31. Matar), Góralski, Sekulski - Ricardinho (58. Biliński), Zagurskas (58. Daniel).
Kolejarz: Lisak – Chrapek (90. Kantor), Szufryn, Stefanik, Cebula (75. Zawadzki) – Markowski, Cichy, Gryźlak, Kowalczyk (86. Ciećko), Walęciak – Wolański.
Żółte kartki: Sekulski, Matar, Jakubowski.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza